niedziela, 9 marca 2014

Go! Go! Go! - Pierwsza praca

Z domu muszę wyjść przed 5 rano by zdąrzyć na zbiórkę pod agencją. Dojeżdżam autobusem w niecałe pół godziny. Na miejscu spotykam kilka osób które już czekają: jedna kobieta z Quebecu reszta przyjezdni z Wietnamu, Afryki, Kuby itd. Koordynator sprawdza tylko listę obecności I każe iść do samochodu. Jak na razie nie dostałem żadnej umowy ani żadnego regulaminu do podpisania. Wypełniłem tylko ankietę poprdzeniego dnia a cała reszta jest na “gębę”. Fabryka znajduje sie poza wyspą Montreal więc musimy dojechać ok. 45 min. Na miejscu pozwalają nam zostawić, rzeczy w kuchni, ale nie w szafkach tylko tak luzem. Oprócz mnie są jeszcze dwie osoby które pierwszy raz przyjechały: kolega z Kuby I dziewczyna z Kanady. 

Mamy krótkie spotkanie z koordynatorką, która objaśnia, że w środku jest dość zimno I że na początku lepiej mieć na sobie wszystiie rzeczy a ewentualnie na przerwie coś zdjąć. Mówi po francusku ale z lokalnym akcentem, który jest dość trudny do zrozumienia. Przypomina to trochę taki bełkot pijaka spod butki z piwem – I to nie jest tylko moje spostrzeżenie, tylko tak wygląda mieszanka języka francuskiego z amerykańskim stylem mowy. Ja łapię około 50% tego co mówi, ale kolega z Kuby prawie nic I cągle się dopytuje.
Dostajemy gumowe kalosze, fartuch oraz osłony na włosy, twarz I ręce. 

Fabryka zajmuje się obróbką mięsa przygotowanego wcześniej w rzeźni. Jest w niej kilka pomieszczeń o wielkości ok. 50m2. Jest faktycznie chłodno, ale da się przeżyć. W pomieszczeniu do którego mnie zaprowadzono pracuje 6 osób:
·         Koordynator ekipy – pracuje na maszynie do krojenia wieprzowiny (kawałki z kością)
·         2-3 osoby które oskrobują te pocięte kawałki plastikową łopatką I układają na tacki
·         2 osoby krojące duże porcje wołowiny na 1kg części
·         1 osoba która lata I podaje mięso z palet, sprząta kartony I wymienia wodę
Nowi, tacy jak ja przydzielani są do podawania mięsa lub skrobania, dopiero po paru miesiącach, tj. Kolega z Wietnamu można dostać lżejszą fuchę jaką jest krojenie wołowiny.


Mi na początek kazano skrobać mięso. Kawałki były wielkości dłoni I grubości kilku centymetrów. To była chyba pokrojona łopatka wieprzowa. Chodziło o to by je oskrobać tak by miło ładny kolor I ułozyć na tackę ale w ten sposób że mniejsza część kości jest górą, by klient który kupuje myślał, że jest dużo mięsa gdy tymczasem u dołu kość obejmowała znacznie większą część. Nic skomplikowanego, aczkolwiek trzeba było się spieszyć bo inaczej góra mięsa rosła czego nie lubił szef całej produkcji. Potem mnie wzieli do innego pomieszczenia gdzie musiałem nakładać hakiem duże kawały wołowiny (ok. 7 kg) na taśmę, na której mięso było zanużane w jakieś mazi a następnie przekładałem je na stół, na którym nakładałem ziołową marynatę. Po 15 min przerwie, wróciłem z powrotem z pierwszego pomieszczenia, tym razem jednak miałem podawać mięso do krojenia. Ta funkcja jest chyba najcięższa bo trzeba szybko otwierać kartony z palety, podawać do krojenia i więdzy czasie patrzyć czy po drugiej stronie nie brakuje wołowiny. Jak brakuje to trzeba biec do wielkiego kartonu o wys. 1.5 I tam hakiem wyciągać kawały wołowiny do wiadra I zanosić dwóm krojącym I zaraz szybko wracać do tego przy maszynie by mu podać łopatki. Tempo zabójcze, a w dodatku szef całej produkcji jak przechodzi to ciągle krzyczy: Go! Go! Go! 

Nie musiało by tak jednak być gdybyśmy używali nieco innej techniki I wyeliminować nie potrzebne ruchy, na których traci się czas. Z niektórymi dało się dogadać I rozumieli problem, ale niektórzy byli uparci I woleli robić po staremu – wtedy musiałem latać z wywieszonym językiem.
Po pierwszym dniu byłem bardzo zmęczony I fizycznie I psychicznie. To co dobija chyba najbardziej to sposób w jaki nas traktują. Kolegę z Kuby chciano wyrzucić już po 4 godz. bo był zbyt wolny, szef mówił że na jego miejsce czeka 10 innych osób więc musi się wziąć do roboty. Poprosił o szansę I naszczęście został.
Na szczęście popołudniu dostałem wiadomość, że zostałem zaproszony na rozmowę kwalifikacyjną na stanowiska pracownika socjalnego w jednej organizacji pozarządowej zajmującej się interwencjami kryzysowymi. By tam jednak pójść musiałbym wziąć wolne, a dopier zacząłem. Nie znałem jednak zasad więc musiałem sprawdzić jak to wszystko działa.
Kolejnego dnia z rana dopytałem się koordynatora z agencji co do dnia wolnego. Nie był zbyt, zadowolony I powiedział, że jeden dzień może mi dać a w innych przypadkach muszę przynieść zwolnienie lekarskie. Koledzy, którzy słyszeli tę rozmowę powiedzieli mi później, że lepiej nie brać wolnego bo agencja musi znaleźć kogoś na moje miejsce I potem może się okazać, że już nie muszę wracać.

Na produkcji znowu szaleńcze tempo. Zaczynam od podawania mięsa. W nocy przemyślałem jednak kilka rzeczy I wymyśliłem jak usprawnić kilka elementów eliminując niepotrzebne ruchy. Przy podawaniu mięsa do krojenia to było OK, ale gdy przeszedłem do skrobnia I pokazałem kolegom jak można robić tę pracę 2x szybciej z tą samą jakością, to koordynator grupy już tego nie zaakceptował. Bardzo mnie to zdziwiło, bo szef całej produkcji krzyczy by robić szybciej a tu koordynator grupy każe robić coś w sposób mniej efektywny.  Na przerwie kolega z Wietnamu szeptnął mi w tajemnicy, że ten koordynator lubi jak się robi ta góra mięsa bo wtedy w oczach szefa to on jest najbardziej pracowity.

Dziwne rzeczy więc się tu dzieją I widać, że jest dość ostry rygor. Nie chciałem jednak ryzykować utraty tej pracy więc szybko zadzwoniłem do organizacji gdzie miałem mieć rozmowę I ustaliłem inny termin tak by nie kolidował z tą pracą. Przerwa się kończyła I zaczęliśmy schodzić na produkcję. Musiałem jednak wykonać jeszcze jeden telefon do agencji by im powiedzieć by nie szukali nikogo na moje miejsce. Nikt nie odbierał więc nagrałem się na sekretarkę. Obiłem kartę i jak chciałem wejść do środka to zauważyłem znak zakazu rozmowy przez komórkę. Stałem więc w drzwiach by dokończyć nagranie. Trwało to może minutę, jak szef produkcji podszedł do mnie I kazał odbić kartę. Jak powiedziałem, że własnie to zrobiłem I że już wchodzę ten się cały spienił.
-          Co? Odbiłeś kartę i nie pracujesz? Kto mi zapłaci z ten czas?
-          Nie minęły nawet dwie minuty. Już wchodzę, musiałem poinformować ag..
-          Mam 10 na twoje miejsce co ty sobie myślisz? (dalej coś mówił tym lokalnym bełkotem)
-          Dopiero co zobaczyłem ten znak, nikt wcześniej nie objaśnił.. – próbowałem wyjaśnić sytuację
-          Bla bla bla już tu nie pracujesz!
Byłem w szoku, żadnego zrozumienia, żadnej możliwości wytłumaczenia się, traktowanie człowieka jak szmatę.
-          O kurczę – pomyślałem. Czy to tak wygląda Ameryka?
Musiałem wrócić do kuchni I poczekać aż się skończy zmiana I nas zabiorą z powrotem pod agencję. Koledzy jak się dowiedzieli, że mnie wyrzucili byli zdziwieni bo wiedzieli jak szybko pracowałem I jeszcze podchodziłem by im pomóc, ale przyznawali, że szef produkcji I koordynator grupy są dziwni I nie można z nimi dyskutować tylko chylić głowę, całować stópki I dziękować że się żyje.


Musiałem wymyślić szybko plan B. Popytałem więc kolegów czy znają jakieś inne agencje, w których wcześniej pracowali I mogą mi je polecić. Pomógł mi kolega z Francji, który wcześniej pracował przy inwentaryzacjach. Szybko tam przedzwoniłem podałem jego referencje I umówiłem się na spotkanie w przyszłym tygodniu. Pierwsza praca zakończyła się porażką, ale całe szczęśćie jest szansa na kolejną pracę no I mogę na spokojnie pójść na rozmowę kwalifikacyjną za dwa dni. 

1 komentarz:

  1. Grze, napisz czy masz tę pracę, czy nie i co teraz robisz? Jestem przerażona tym co tutaj opisujesz... żadna z opowieści o Kanadzie, którą kiedykolwiek słyszałam nie była nigdy o takich barwach jak Twoja.. wyścig szczurów, o prace na lodówie? W chłodzie? Ciężką fizycznie? ała! Nie spodziewałam się bitwy o pracę, walki o przetrwanie, całowania w dupkę i stópki z pokłonami aby ją mieć. Przewidywałam raczej kulturalne rozmowy, bez spięć, bez nacisków i traktowanie człowieka na wyższym poziomie niż w pl... jestem zaskoczona. Natalia

    OdpowiedzUsuń