Z domu muszę wyjść przed 5 rano
by zdąrzyć na zbiórkę pod agencją. Dojeżdżam autobusem w niecałe pół godziny.
Na miejscu spotykam kilka osób które już czekają: jedna kobieta z Quebecu
reszta przyjezdni z Wietnamu, Afryki, Kuby itd. Koordynator sprawdza tylko
listę obecności I każe iść do samochodu. Jak na razie nie dostałem żadnej umowy
ani żadnego regulaminu do podpisania. Wypełniłem tylko ankietę poprdzeniego
dnia a cała reszta jest na “gębę”. Fabryka znajduje sie poza wyspą Montreal
więc musimy dojechać ok. 45 min. Na miejscu pozwalają nam zostawić, rzeczy w
kuchni, ale nie w szafkach tylko tak luzem. Oprócz mnie są jeszcze dwie osoby
które pierwszy raz przyjechały: kolega z Kuby I dziewczyna z Kanady.
Mamy
krótkie spotkanie z koordynatorką, która objaśnia, że w środku jest dość zimno I
że na początku lepiej mieć na sobie wszystiie rzeczy a ewentualnie na przerwie
coś zdjąć. Mówi po francusku ale z lokalnym akcentem, który jest dość trudny do
zrozumienia. Przypomina to trochę taki bełkot pijaka spod butki z piwem – I to
nie jest tylko moje spostrzeżenie, tylko tak wygląda mieszanka języka
francuskiego z amerykańskim stylem mowy. Ja łapię około 50% tego co mówi, ale
kolega z Kuby prawie nic I cągle się dopytuje.
Dostajemy gumowe kalosze, fartuch
oraz osłony na włosy, twarz I ręce.
Fabryka zajmuje się obróbką mięsa
przygotowanego wcześniej w rzeźni. Jest w niej kilka pomieszczeń o wielkości
ok. 50m2. Jest faktycznie chłodno, ale da się przeżyć. W pomieszczeniu do
którego mnie zaprowadzono pracuje 6 osób:
·
Koordynator ekipy – pracuje na maszynie do
krojenia wieprzowiny (kawałki z kością)
·
2-3 osoby które oskrobują te pocięte kawałki plastikową
łopatką I układają na tacki
·
2 osoby krojące duże porcje wołowiny na 1kg
części
·
1 osoba która lata I podaje mięso z palet, sprząta
kartony I wymienia wodę
Nowi, tacy jak ja przydzielani są do podawania mięsa lub skrobania, dopiero
po paru miesiącach, tj. Kolega z Wietnamu można dostać lżejszą fuchę jaką jest
krojenie wołowiny.
Mi na początek kazano skrobać mięso. Kawałki były wielkości dłoni I grubości
kilku centymetrów. To była chyba pokrojona łopatka wieprzowa. Chodziło o to by
je oskrobać tak by miło ładny kolor I ułozyć na tackę ale w ten sposób że
mniejsza część kości jest górą, by klient który kupuje myślał, że jest dużo
mięsa gdy tymczasem u dołu kość obejmowała znacznie większą część. Nic
skomplikowanego, aczkolwiek trzeba było się spieszyć bo inaczej góra mięsa
rosła czego nie lubił szef całej produkcji. Potem mnie wzieli do innego
pomieszczenia gdzie musiałem nakładać hakiem duże kawały wołowiny (ok. 7 kg) na
taśmę, na której mięso było zanużane w jakieś mazi a następnie przekładałem je
na stół, na którym nakładałem ziołową marynatę. Po 15 min przerwie, wróciłem z
powrotem z pierwszego pomieszczenia, tym razem jednak miałem podawać mięso do
krojenia. Ta funkcja jest chyba najcięższa bo trzeba szybko otwierać kartony z
palety, podawać do krojenia i więdzy czasie patrzyć czy po drugiej stronie nie
brakuje wołowiny. Jak brakuje to trzeba biec do wielkiego kartonu o wys. 1.5 I tam
hakiem wyciągać kawały wołowiny do wiadra I zanosić dwóm krojącym I zaraz
szybko wracać do tego przy maszynie by mu podać łopatki. Tempo zabójcze, a w
dodatku szef całej produkcji jak przechodzi to ciągle krzyczy: Go! Go! Go!
Nie musiało by tak jednak być gdybyśmy używali nieco innej techniki I wyeliminować
nie potrzebne ruchy, na których traci się czas. Z niektórymi dało się dogadać I
rozumieli problem, ale niektórzy byli uparci I woleli robić po staremu – wtedy musiałem
latać z wywieszonym językiem.
Po pierwszym dniu byłem bardzo zmęczony I fizycznie I psychicznie. To
co dobija chyba najbardziej to sposób w jaki nas traktują. Kolegę z Kuby
chciano wyrzucić już po 4 godz. bo był zbyt wolny, szef mówił że na jego
miejsce czeka 10 innych osób więc musi się wziąć do roboty. Poprosił o szansę I
naszczęście został.
Na szczęście popołudniu dostałem wiadomość, że zostałem zaproszony na
rozmowę kwalifikacyjną na stanowiska pracownika socjalnego w jednej organizacji
pozarządowej zajmującej się interwencjami kryzysowymi. By tam jednak pójść
musiałbym wziąć wolne, a dopier zacząłem. Nie znałem jednak zasad więc musiałem
sprawdzić jak to wszystko działa.
Kolejnego dnia z rana dopytałem się koordynatora z agencji co do dnia
wolnego. Nie był zbyt, zadowolony I powiedział, że jeden dzień może mi dać a w
innych przypadkach muszę przynieść zwolnienie lekarskie. Koledzy, którzy
słyszeli tę rozmowę powiedzieli mi później, że lepiej nie brać wolnego bo
agencja musi znaleźć kogoś na moje miejsce I potem może się okazać, że już nie
muszę wracać.
Na produkcji znowu szaleńcze tempo. Zaczynam od podawania mięsa. W
nocy przemyślałem jednak kilka rzeczy I wymyśliłem jak usprawnić kilka
elementów eliminując niepotrzebne ruchy. Przy podawaniu mięsa do krojenia to
było OK, ale gdy przeszedłem do skrobnia I pokazałem kolegom jak można robić tę
pracę 2x szybciej z tą samą jakością, to koordynator grupy już tego nie
zaakceptował. Bardzo mnie to zdziwiło, bo szef całej produkcji krzyczy by robić
szybciej a tu koordynator grupy każe robić coś w sposób mniej efektywny. Na przerwie kolega z Wietnamu szeptnął mi w
tajemnicy, że ten koordynator lubi jak się robi ta góra mięsa bo wtedy w oczach
szefa to on jest najbardziej pracowity.
Dziwne rzeczy więc się tu dzieją I widać, że jest dość ostry rygor.
Nie chciałem jednak ryzykować utraty tej pracy więc szybko zadzwoniłem do
organizacji gdzie miałem mieć rozmowę I ustaliłem inny termin tak by nie
kolidował z tą pracą. Przerwa się kończyła I zaczęliśmy schodzić na produkcję.
Musiałem jednak wykonać jeszcze jeden telefon do agencji by im powiedzieć by
nie szukali nikogo na moje miejsce. Nikt nie odbierał więc nagrałem się na
sekretarkę. Obiłem kartę i jak chciałem wejść do środka to zauważyłem znak
zakazu rozmowy przez komórkę. Stałem więc w drzwiach by dokończyć nagranie. Trwało
to może minutę, jak szef produkcji podszedł do mnie I kazał odbić kartę. Jak
powiedziałem, że własnie to zrobiłem I że już wchodzę ten się cały spienił.
-
Co? Odbiłeś kartę i nie pracujesz? Kto mi
zapłaci z ten czas?
-
Nie minęły nawet dwie minuty. Już wchodzę,
musiałem poinformować ag..
-
Mam 10 na twoje miejsce co ty sobie myślisz?
(dalej coś mówił tym lokalnym bełkotem)
-
Dopiero co zobaczyłem ten znak, nikt wcześniej
nie objaśnił.. – próbowałem wyjaśnić sytuację
-
Bla bla bla już tu nie pracujesz!
Byłem w szoku, żadnego zrozumienia, żadnej możliwości wytłumaczenia
się, traktowanie człowieka jak szmatę.
-
O kurczę – pomyślałem. Czy to tak wygląda
Ameryka?
Musiałem wrócić do kuchni I poczekać aż się skończy zmiana I nas
zabiorą z powrotem pod agencję. Koledzy jak się dowiedzieli, że mnie wyrzucili
byli zdziwieni bo wiedzieli jak szybko pracowałem I jeszcze podchodziłem by im
pomóc, ale przyznawali, że szef produkcji I koordynator grupy są dziwni I nie
można z nimi dyskutować tylko chylić głowę, całować stópki I dziękować że się
żyje.
Musiałem wymyślić szybko plan B. Popytałem więc kolegów czy znają
jakieś inne agencje, w których wcześniej pracowali I mogą mi je polecić. Pomógł
mi kolega z Francji, który wcześniej pracował przy inwentaryzacjach. Szybko tam
przedzwoniłem podałem jego referencje I umówiłem się na spotkanie w przyszłym
tygodniu. Pierwsza praca zakończyła się porażką, ale całe szczęśćie jest szansa
na kolejną pracę no I mogę na spokojnie pójść na rozmowę kwalifikacyjną za dwa
dni.

Grze, napisz czy masz tę pracę, czy nie i co teraz robisz? Jestem przerażona tym co tutaj opisujesz... żadna z opowieści o Kanadzie, którą kiedykolwiek słyszałam nie była nigdy o takich barwach jak Twoja.. wyścig szczurów, o prace na lodówie? W chłodzie? Ciężką fizycznie? ała! Nie spodziewałam się bitwy o pracę, walki o przetrwanie, całowania w dupkę i stópki z pokłonami aby ją mieć. Przewidywałam raczej kulturalne rozmowy, bez spięć, bez nacisków i traktowanie człowieka na wyższym poziomie niż w pl... jestem zaskoczona. Natalia
OdpowiedzUsuń