niedziela, 23 marca 2014

Ambicje na bok - łopata czeka

Przełom 2013/2014 roku

Doświadczenia z pierwszej pracy w Kanadzie były dla mnie szokiem kulturowym. Nie spodziewałem się takiego traktowania, a co gorsza braku możliwości wytłumaczenia całej sytuacji. Zdałem sobie sprawę, że znalazłem się w grupie taniej siły roboczej, z którą mało kto się liczy. Na moje miejsce znajdzie się 10 innych imigrantów, którzy będą całować stopy temu gościowi, że mogą u niego pracować. 
Musiałem zrewidować szybko swoje oczekiwania i ambicje, a także sposób szukania pracy bo jak na razie szło kiepsko. 

O pracy podobnej do tej co miałem w Polsce, czyli analityka finansowego, mogłem zapomnieć. Teraz rozważam prace typu: odgarnianie śniegu, rozdawanie darmowej gazety, a nawet opróżnianie pojemników na śmieci. W Montrealu zima jest długa i sroga, a śnieg tu zalega do kwietnia a czasem i do maja, więc pracy będzie sporo. Jak więc zaczyna mocniej padać siadam do komputera i szukam na bieżąco ogłoszeń pt. "préposée au pelletage de neige" czyli obsługiwacz łopaty do odgarniania śniegu. Wymagana jest tylko dobra kondycja fizyczna i doświadczenie w pracy w niskich temperaturach - i jednym i drugim mogłem się pochwalić, szczególnie po pracy w chłodni przez dwa dni.
Na telefon jednak nikt nie odpowiada, a e-mail pewnie gdzieś przepada w stosie innych listów, którzy wysyłają inni. Coś tu nie gra, przecież ci ludzie co spotykam na ulicy jakoś zdobyli to zatrudnienie - skoro im się udało to mi też musi!

Wyłączam więc komputer, który się okazał jak na razie bezużyteczny i idę w miasto by się dowiedzieć jak ci lokalni zdobyli pracę.
- Kino: sprawdzanie biletów - trzeba się zarejestrować na stronie kina i wypełnić formularz online.
- Costco (sklep typu Tesco): rozdawanie orzeszków przy promocjach - należy wypełnić formularz który dają w informacji 
- Tim Hortons (sieć kawiarni typu Sturbucks) - wydrukować formularz z internetu i przynieść bezpośrednio

Okazuje się, że w jednym z bardziej rozwiniętych krajów świata mało kto zagląda do skrzynki mailowej i aplikacje trzeba dostarczać bezpośrednio. Później jednak jak o tym pomyślałem to faktycznie miało to sens. Konkurencja jest tu tak duża, że aby przebić się przez tłum kandydatów trzeba się pojawić z dokumentami w odpowiednim miejscu w momencie gdy kierownik pomyśli o zatrudnieniu nowej osoby, a nie gdy ogłoszenie pojawi się w internecie. 
Na moje maile nikt nie odpowiadał bo pewnie ktoś inny pojawił się w tej firmie bezpośrednio i zaprezentował swoją kandydaturę - to oszczędza zachodu takiemu kierownikowi, który inaczej musił by spędzić mnóstwo czasu na otwieraniu dokumentów, drukowaniu, analizowaniu umawianiu się z kandydatami itd. A tutaj "czas to pieniądz" więc nikt się tym nie będzie zajmował. 

Dowiedziałem się, że panowie, którzy odgarniają śnieg i jeżdżą śmieciarką pracują dla agencji pośrednictwa pracy, zebrałem kilka adresów i postanowiłem pójść tym tropem. Wróciła mi znów motywacja choć wiedziałem, że nie będzie kolorowo przez najbliższy czas.
Zgłosiłem się do kilku agencji pośrednictwa pracy (Randstad, Excel i Statim) oraz zaniosłem kilka aplikacji bezpośredno do firm. W między czasie miałem też rozmowę  w firmie IGP zajmującej się inwentaryzacją. Pracuje w niej Ivan, który pochodzi z Bułgarii i jest koordynatorem grupy. Rozmawialiśmy trochę po francusku i trochę po rosyjsku. Dostałem dwa testy do wypełnienia i po sprawdzeniu dowiedziałem się, że mogę dla nich pracować. Warunki: praca na telefon, czasem wyjazdowa poza Montreal stawka 10,25$ za godzine (czyli o 10 centów więcej niż poprzednia). 

Praca jest jednak dorywcza i zleceń będzie dwa lub trzy w tygdoniu więc tylko z niej się nie da wyżyć. Musiałem więc szukać dalej mając na szczęście już jakiś punkt zaczepienia.

Tego samego dnia poszedłem do agencji pośrednictwa pracy Statim, która znajduje się niedaleko mojego zamieszkania i którą polecił mi znajomy z meczetu, do którego chodzę uczyć się języka arabskiego.

Agencja prowadzona jest przez Marokańczyka. Pani w recepcji mówi mi, że trzeba do niej dzwonić każdego dnia ok. 17 by dowiedzieć się czy praca jest następnego dnia rano lub około 14 gdy chce się pracować wieczorami. Wybieram tę drugą opcję by mieć czas rano na dalsze szukanie pracy.

Póki co więc po miesiącu poszukiwań udało mi się zdobyć dwie dorywcze prace: przy inwentaryzacjach i przy przy linii produkcyjnej w fabrce makaronów.
W między czasie czekam na odpowiedź w sprawie ogłoszeń na stanowiska tj.:
- tester gier komputerowych (w wersji polskiej)
- spec od kanapek
- woźny w Klubie Weterana
- zmywanie naczyń w restauracji japońskiej
- układanie towaru na pułkach w sklepie

Uczę się pokory i doceniam teraz stabilność jaką dawała praca za biurkiem w dużej firmie. Ale nie narzekam. Jest ciężko, ale jest też i przygoda :)



----- ADRESY -----
1. LX - agencja pracy

2. Statim - agencja pracy7000, av du parc, Montréal, QC H3N 1X1 514-270-3223
Praca na telefon przy linii produkcyjnej (makarony lub sałatki)

3. IGP - 4929 Rue Jarry Est, St-Léonard, QC H1R 1Y1
Praca przy inwentaryzacjach. Robią testy kwalifikacyjne. Praca na telefon dwa lub trzy razy w tygodniu. 

niedziela, 9 marca 2014

Go! Go! Go! - Pierwsza praca

Z domu muszę wyjść przed 5 rano by zdąrzyć na zbiórkę pod agencją. Dojeżdżam autobusem w niecałe pół godziny. Na miejscu spotykam kilka osób które już czekają: jedna kobieta z Quebecu reszta przyjezdni z Wietnamu, Afryki, Kuby itd. Koordynator sprawdza tylko listę obecności I każe iść do samochodu. Jak na razie nie dostałem żadnej umowy ani żadnego regulaminu do podpisania. Wypełniłem tylko ankietę poprdzeniego dnia a cała reszta jest na “gębę”. Fabryka znajduje sie poza wyspą Montreal więc musimy dojechać ok. 45 min. Na miejscu pozwalają nam zostawić, rzeczy w kuchni, ale nie w szafkach tylko tak luzem. Oprócz mnie są jeszcze dwie osoby które pierwszy raz przyjechały: kolega z Kuby I dziewczyna z Kanady. 

Mamy krótkie spotkanie z koordynatorką, która objaśnia, że w środku jest dość zimno I że na początku lepiej mieć na sobie wszystiie rzeczy a ewentualnie na przerwie coś zdjąć. Mówi po francusku ale z lokalnym akcentem, który jest dość trudny do zrozumienia. Przypomina to trochę taki bełkot pijaka spod butki z piwem – I to nie jest tylko moje spostrzeżenie, tylko tak wygląda mieszanka języka francuskiego z amerykańskim stylem mowy. Ja łapię około 50% tego co mówi, ale kolega z Kuby prawie nic I cągle się dopytuje.
Dostajemy gumowe kalosze, fartuch oraz osłony na włosy, twarz I ręce. 

Fabryka zajmuje się obróbką mięsa przygotowanego wcześniej w rzeźni. Jest w niej kilka pomieszczeń o wielkości ok. 50m2. Jest faktycznie chłodno, ale da się przeżyć. W pomieszczeniu do którego mnie zaprowadzono pracuje 6 osób:
·         Koordynator ekipy – pracuje na maszynie do krojenia wieprzowiny (kawałki z kością)
·         2-3 osoby które oskrobują te pocięte kawałki plastikową łopatką I układają na tacki
·         2 osoby krojące duże porcje wołowiny na 1kg części
·         1 osoba która lata I podaje mięso z palet, sprząta kartony I wymienia wodę
Nowi, tacy jak ja przydzielani są do podawania mięsa lub skrobania, dopiero po paru miesiącach, tj. Kolega z Wietnamu można dostać lżejszą fuchę jaką jest krojenie wołowiny.


Mi na początek kazano skrobać mięso. Kawałki były wielkości dłoni I grubości kilku centymetrów. To była chyba pokrojona łopatka wieprzowa. Chodziło o to by je oskrobać tak by miło ładny kolor I ułozyć na tackę ale w ten sposób że mniejsza część kości jest górą, by klient który kupuje myślał, że jest dużo mięsa gdy tymczasem u dołu kość obejmowała znacznie większą część. Nic skomplikowanego, aczkolwiek trzeba było się spieszyć bo inaczej góra mięsa rosła czego nie lubił szef całej produkcji. Potem mnie wzieli do innego pomieszczenia gdzie musiałem nakładać hakiem duże kawały wołowiny (ok. 7 kg) na taśmę, na której mięso było zanużane w jakieś mazi a następnie przekładałem je na stół, na którym nakładałem ziołową marynatę. Po 15 min przerwie, wróciłem z powrotem z pierwszego pomieszczenia, tym razem jednak miałem podawać mięso do krojenia. Ta funkcja jest chyba najcięższa bo trzeba szybko otwierać kartony z palety, podawać do krojenia i więdzy czasie patrzyć czy po drugiej stronie nie brakuje wołowiny. Jak brakuje to trzeba biec do wielkiego kartonu o wys. 1.5 I tam hakiem wyciągać kawały wołowiny do wiadra I zanosić dwóm krojącym I zaraz szybko wracać do tego przy maszynie by mu podać łopatki. Tempo zabójcze, a w dodatku szef całej produkcji jak przechodzi to ciągle krzyczy: Go! Go! Go! 

Nie musiało by tak jednak być gdybyśmy używali nieco innej techniki I wyeliminować nie potrzebne ruchy, na których traci się czas. Z niektórymi dało się dogadać I rozumieli problem, ale niektórzy byli uparci I woleli robić po staremu – wtedy musiałem latać z wywieszonym językiem.
Po pierwszym dniu byłem bardzo zmęczony I fizycznie I psychicznie. To co dobija chyba najbardziej to sposób w jaki nas traktują. Kolegę z Kuby chciano wyrzucić już po 4 godz. bo był zbyt wolny, szef mówił że na jego miejsce czeka 10 innych osób więc musi się wziąć do roboty. Poprosił o szansę I naszczęście został.
Na szczęście popołudniu dostałem wiadomość, że zostałem zaproszony na rozmowę kwalifikacyjną na stanowiska pracownika socjalnego w jednej organizacji pozarządowej zajmującej się interwencjami kryzysowymi. By tam jednak pójść musiałbym wziąć wolne, a dopier zacząłem. Nie znałem jednak zasad więc musiałem sprawdzić jak to wszystko działa.
Kolejnego dnia z rana dopytałem się koordynatora z agencji co do dnia wolnego. Nie był zbyt, zadowolony I powiedział, że jeden dzień może mi dać a w innych przypadkach muszę przynieść zwolnienie lekarskie. Koledzy, którzy słyszeli tę rozmowę powiedzieli mi później, że lepiej nie brać wolnego bo agencja musi znaleźć kogoś na moje miejsce I potem może się okazać, że już nie muszę wracać.

Na produkcji znowu szaleńcze tempo. Zaczynam od podawania mięsa. W nocy przemyślałem jednak kilka rzeczy I wymyśliłem jak usprawnić kilka elementów eliminując niepotrzebne ruchy. Przy podawaniu mięsa do krojenia to było OK, ale gdy przeszedłem do skrobnia I pokazałem kolegom jak można robić tę pracę 2x szybciej z tą samą jakością, to koordynator grupy już tego nie zaakceptował. Bardzo mnie to zdziwiło, bo szef całej produkcji krzyczy by robić szybciej a tu koordynator grupy każe robić coś w sposób mniej efektywny.  Na przerwie kolega z Wietnamu szeptnął mi w tajemnicy, że ten koordynator lubi jak się robi ta góra mięsa bo wtedy w oczach szefa to on jest najbardziej pracowity.

Dziwne rzeczy więc się tu dzieją I widać, że jest dość ostry rygor. Nie chciałem jednak ryzykować utraty tej pracy więc szybko zadzwoniłem do organizacji gdzie miałem mieć rozmowę I ustaliłem inny termin tak by nie kolidował z tą pracą. Przerwa się kończyła I zaczęliśmy schodzić na produkcję. Musiałem jednak wykonać jeszcze jeden telefon do agencji by im powiedzieć by nie szukali nikogo na moje miejsce. Nikt nie odbierał więc nagrałem się na sekretarkę. Obiłem kartę i jak chciałem wejść do środka to zauważyłem znak zakazu rozmowy przez komórkę. Stałem więc w drzwiach by dokończyć nagranie. Trwało to może minutę, jak szef produkcji podszedł do mnie I kazał odbić kartę. Jak powiedziałem, że własnie to zrobiłem I że już wchodzę ten się cały spienił.
-          Co? Odbiłeś kartę i nie pracujesz? Kto mi zapłaci z ten czas?
-          Nie minęły nawet dwie minuty. Już wchodzę, musiałem poinformować ag..
-          Mam 10 na twoje miejsce co ty sobie myślisz? (dalej coś mówił tym lokalnym bełkotem)
-          Dopiero co zobaczyłem ten znak, nikt wcześniej nie objaśnił.. – próbowałem wyjaśnić sytuację
-          Bla bla bla już tu nie pracujesz!
Byłem w szoku, żadnego zrozumienia, żadnej możliwości wytłumaczenia się, traktowanie człowieka jak szmatę.
-          O kurczę – pomyślałem. Czy to tak wygląda Ameryka?
Musiałem wrócić do kuchni I poczekać aż się skończy zmiana I nas zabiorą z powrotem pod agencję. Koledzy jak się dowiedzieli, że mnie wyrzucili byli zdziwieni bo wiedzieli jak szybko pracowałem I jeszcze podchodziłem by im pomóc, ale przyznawali, że szef produkcji I koordynator grupy są dziwni I nie można z nimi dyskutować tylko chylić głowę, całować stópki I dziękować że się żyje.


Musiałem wymyślić szybko plan B. Popytałem więc kolegów czy znają jakieś inne agencje, w których wcześniej pracowali I mogą mi je polecić. Pomógł mi kolega z Francji, który wcześniej pracował przy inwentaryzacjach. Szybko tam przedzwoniłem podałem jego referencje I umówiłem się na spotkanie w przyszłym tygodniu. Pierwsza praca zakończyła się porażką, ale całe szczęśćie jest szansa na kolejną pracę no I mogę na spokojnie pójść na rozmowę kwalifikacyjną za dwa dni. 

Jestem tu

Przyjechałem do Montrealu z nadziejami i z podniesioną głową - przywiozłem bo wiem ze sobą wszystkie dyplomy, doświadczenie w poważanej firmie, znam języki itd. Aplikacje zacząłem wysyłać kilka tygodni wcześniej więc sądziłem, że jak przyjadę to akurat rozdzwonią się telefony. 
Nic takiego jednak nie nastapilo. Nie przejmowałem się jednak i aplikowalem dalej. Byla polowa grudnia wiec okres nie najlepszy moze ale ogloszenia sie pojawiały wiec probowalem. Aplikowałem na rozne stanowiska zw. z logistyka, praca socjalna i w finansach wszędzie tam gdzie mialem jakies doswiadczenie. W miedzy czasie zglosilem się na wolontariat do Domu Spokojnej Starosci dla Polakow by troche podzialac i poznac tutejsza Polonię.

Dni jednak mialy i nikt sie nie odzywal co zaczelo mnie niepokoić i trochę dołować. Zaczalem wiec szukac pomocy w biurach posrednictwa pracy gdzie mnie skierowali do doradcy zawodowego. 
W samym grudniu mialem tylko dwie rozmowy kwalifikacyjne: jedna na stanowisko analityka finansowego i jedna w osrodku pomocy kryzysowej jako pracownik socjalny.
Nie były to łatwe  rozmowy, szczegolnie w czesci francusko-jezycznej. Na pracownika socjalnego mialem natomiast wywiad grupowy, gdzie przy jednym stole zasiadlo dwoch pracownikow osrodka i 5 kandydatów: francuska, meksykanka, afro-amerykanka i kanadyjka z Quebec'u. Ta ostatnia dobila wszystkich plynnoscia mowy i znajomoscia systemu socjalnego w Montrealu wiec nie liczylem na dostanie tej pracy.

W samym grudniu nie udało mi się wiec znalezc pracy.

Sytuacja nieco się zmieniła po wizytach w biurze posrednictwa pracy gdzie mi wytłumaczono kanadyjskie realia, w szczegolnosci dot. Quebec'u. Przede wszystkim nie ma tu czegoś takiego ze po wyslaniu CV czeka się na telefon od pracodawcy. Tu jest konkurencja na najwyższym poziomie i o stanowisko pracy trzeba się bic!
W dodatku dochodzi kwestia językowa - wszytko musi być po francusku.
List motywacyjny to podstawa w dodatku co najmniej dwa telefonu przed i po wyslaniu. Poza tym lokalne doświadczenie. Mimo iz pracowałem w znanej firmie to i tak mnie nikt nie zatrudni bez choćby minimalnego doświadczenia w Kanadzie. Wszędzie prosza o dwie lub trzy referencje (najlepiej lokalne). Doradca zaproponował mi na dobry początek agencję pracy typu Ranstad tyle ze mniej znana.

Agencja LX mieści się nie daleko biura i jest prowadzona przez grupę latynosów. Na dzień dobry pytają się czy jestem gotów pracować w niskich temperaturach. To mi przypomniało opowieść jednego Polaka poznanego w Domu Spokojnej Starości, który mówił że też zaczynał od 'lodówki' na nocnej zmianie i potem powoli się przesuwał w stronę lepszych stanowisk. Po wypełnieniu krótkiego formularza i rozmowie nt. stawki wynagrodzenia (oczywiście daja minimalną czyli 10,15$) pani oznajmiła ze mam się stawić następnego dnia o 5:30 rano; Miejsce pracy - zakład mięsny...