DRUGA SZANSA
Do fabryki jedzie się prawie godzinę gdyż znajduje się poza wyspą Montreal. W samochodzie gra orientalna muzyka i toczy się zażarta dyskusja między dwoma Algierczykami po.. arabsku, więc ciężko mi cokolwiek zrozumieć. Dwójka pozostałych pasażerów nie jest zbyt rozmowna i przesypia całą drogę. Będziemy pracować do północy plus minus godzinę - zależy ile będzie palet do zrobienia.
Agencja STATIM prowadzona jest przez Marokańczyka który współpracuje z dwoma średniej wielkości zakładami spożywczymi: w jednym się robi makarony a w drugim sałatki.
W poczekalni spotykam dwóch panów z Algerii, jednego z Wybrzeża Kości Słoniowej i panią Ameryki Południowej. Wszyscy mieszkają w mojej okolicy zwanej Park Extension - niegdyś zdominowanej przez Greków, a dziś przez Indusów, Afrykańczyków i Arabów.
Jeden z mieszkańców postanowił nawet nakręcić film o tej zmianie kulturowej. Ogłosił to w dzielnicy i zebrał od ludzi już ponad 20 tysięcy dolarów:
FILM O DZIELNICY (w prawym dolnym rogu jest opcja "cc" wybrania napisów po polsku)
A nam agencja płaci minimalną dopuszczalną stawkę za godzinę czyli 10.35$ minus ok. 5% na podatki. W przeliczeniu na złotówki to wychodzi ok 28 zł za co stanowi równowartość 4 chlebów lub 40 jajek lub 1kg wołowiny albo 3 piw.
FABRYKA MAKARONÓW
Zakład O SOLE MIO to włoska firma produkująca makarony, pierożki i sosy pomidorowe. Zatrudnia kilkanaście osób na stałe i klka dorywczo. Przeważają lokalni Kanadyjczycy choć szefem jednej zmiany jest Indus a drugiej Wenezuelczyk. Szefostwo jak i większość zespołu mówi i po angielsku i po francusku a właściwie po kebencusku lub frangielsku czyli dziwnej mieszance obu tych języków. To jak to brzmi najlepiej można pozanać oglądając jeden z poniższyc filmików:
W praktyce wygląda to tak, że wchodzę na halę gdzie są trzy linie produkcyjne. Jedna na której jadą małe pierożki, druga makarony typu spagettii i trzecia z sosami. Są też dwa stoiska gdzie pakuje się ręcznie. Ta pierwsza linia ma zawrotne tempo i pracuje na niej Florance (czyt. Florąs) - ma tu duże doświadczenie ale jak kartoniarka się przyblokuje to nagle pojawia się góra opakowań i wszyscy muszą lecieć pomagać.
Opakowanie pierożków na pierwszej linii, która najczęściej się blokowała i robiła najwięcej problemów
Pozostałe dwie linie są raczej wolne i spokojnie można się wyrobić. Florance widząc nową osobę najpierw się przywita uśmiechem a potem krzyknie coś z lokalnym akcentem. Mało kto ją rozumie bo jeszcze dochodzi hałas maszyn trzeba sie więc domyślić o co chodzi podąrzając za jej wzrokiem. W moim przypadku patrzyła na pustą paletę, którą zapewne trzeba było zapełnić kartonami, które zjeżdżały z linii. Każdy karton ważył jakieś 5 kilo i miał kilka opakowań zamrożonego sosu. Niby nie dużo ale jak się tak przeładuje kilkadziesiąt kartonów to trochę daje w kość. Lepsze jednak to od latania z hakiem i ładowania do wiadra porcji mięsa z zakrwawionego zbiornika, o tak tu jest znacznie lepiej!
Atmosfera też znacznie milsza - na przerwie kierowniczka zmiany się dopytuje skąd jesteśmy i keidy przyjechaliśmy do Kanady, a w czasie pracy jak się nie zrozumie danego polecenia to albo przechodzą na angielski albo na migi starają się wytłumaczyć o co chodzi.
Drugą połowę dniówki spędziłem na pakowaniu do kartonów sosów. Najpierw trzeba było złożyć karton potem włożyć 6 opakowań, sprawdzając przy tym datę przydatności i zakleić taśmą.
W obu przypadkach trzeba było powtórzyć tę samą czynność kilkadziesiąt razy co było dość nurzące i męczące jeśli źle zorganizowało się stanowisko. Przypomniało mi się wtedy jak w mojej poprzedniej pracy poszedłem na halę produkcyjną i widziałem chłopaka który wystawiał butelki z wózka na linię. Wózek miał za sobą więc musiał się cały skręcać i to w dość szybkim tempie. Zaproponowałem mu by postawił wózek obok siebie i by machał tylko rękoma - pomogło. Teraz sam szukałem takich małych rzeczy, które mogłyby mi choć trochę ulżyć.
W kolejnych dniach kiedy udawało mi się dostać tę pracę (a raz była raz jej nie było) to wędrowałem po różnych mniej lub jeszcze mniej ciekawych stanowiskach. Na jednym musiałem patrzeć czy maszyna się nie blokuje, albo lekko popychać opakowanie by przeskoczyło z jednej taśmy na drugą. Na innym musiałem nalkejać opis produktu, a czasem udawało się dostać paleciak (ręczny wózek widłowy) i wtedy się "rządziło". Hehe, rządziło się w tym sensie, że można było się wyrwać z hali przejść do magazynu, coś przywieźć, coś zawieźć, coś się działo, krótko mówiąc.
Czasami zdarzało mi się pracować z kolegami z Afryki, którzy trochę dziwnie na mnie patrzyli. Spaczony trochę przykrym doświadczeniem z poprzedniego zakładu nadawałem wszystkim tempo, gdy tym czasem im się w ogóle nie spieszyło. Uważali, że skoro płaci im się minimalną stawkę to będę pracować na minimalnych obrotach i nie widzą powodu by cokolwiek tu przyspieszać ulepszać itd. Tym bardziej, że płacą od godziny a nie od akordu.
ŚLEPY KIEROWCA
Praca kończyła się zazwyczaj po północy, ale zdarzało się że pracowaliśmy od 6 po południu do 6 rano - tego nie znosiłem, ale że kasy brakowało to brałem co było. Najgorsza była jednak zawsze podróż powrotna, bo nie mieliśmy osobnego kierowcy tylko był to zawsze jeden z nas, który prowadził. A zdarzali się naprawdę kiepscy kierowcy, którzy nie znali trasy, gubili się albo po 12 godzinach nie mieli prawie w ogóle sił. Tego najbardziej nie lubiłem w tej agencji, że dawali kluczyki losowemu pracownikowi kazali prowadzić. Raz trafiłem na grupę Afrykańczyków, którzy przerzucali między sobą kluczyki bo żaden nie chciał prowadzić, w końcu dali je temu który przyszedł ostatni a ten wykrzyknął: "Co ja? Przecież ja nigdy nie jechałem dłużej samochodem niż pół godziny a to jest trasa na godzinę!".
A w drodze powrotenej gdy drogi były ośnieżone, szyby zaparowane tak, że praktycznie nic nie było widać i ten koleś, wykończony po pracy miał nas dowieźć z powrotem do domu... Tak jak mało kiedy się modlę tak wtedy naprawdę prosiłem Boga by mnie zachował od nieszczęścia i obiecywałem sobie, że muszę szybko znaleźć inną pracę bo to jest tylko kwestia czasu zanim dojedzie do jakiegoś wypadku...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz